Nocleg w górach

O 07:00 Fiodor obudził mnie mówiąc, że mam 10 minut na spakowanie plecaka. Tak, jedziemy w góry!

Spakowałem wszystko co niezbędne i poszliśmy do samochodu. Było rześko, temperatura wynosiła 4°C. Pojechaliśmy do Arshan. Fiodor powiedział, że to jest niedaleko Irkucka. W Rosji niedaleko znaczy mniej niż 1000 km i więcej niż 400 km. Po paru godzinach byliśmy na miejscu. Zostawiliśmy samochód i poszliśmy w góry. Przeszliśmy przez miasteczko mijając stragany z górskimi ziołami. Przeszliśmy 5 km i zrobiło się pusto. Tylko my i góry. Szliśmy w zdłuż rzeki co jakiś czas przechodząc nad nią mostami zrobionych że zwalonych drzew. Mieliśmy do pokonania kilometr wysokości i parę kilometrów długości.

image

image

image

image

image

image

W pewnym momencie usłyszeliśmy przeraźliwe skomlenie w krzakach. Ja już sobie wyobrażałem walkę psa z niedźwiedziem. Poszliśmy z Fiodorem sprawdzić co się dzieje. Zobaczyliśmy przerażonego młodego psa, który wypadł w pułapkę kłusowników. Na szczęście po uwolnieniu okazało się, że psu nic się nie stało. Towarzyszył nam aż do kotliny położonej na wysokości 1700 m npm. Tam rozbiliśmy namiot, zjedliśmy pożądany obiad. Nawet pies przyniósł sobie mysz na kolację.

image

image

image

Po wspólnym posiłku położyliśmy się pod gołym niebem podziwiając gwiazdy. Było na tyle ciepło, że całą noc przespałem po za namiotem.
Następnego dnia wstaliśmy skoro świt. Spakowaliśmy jeden plecak zostawiając resztę rzeczy w namiocie. Naszym celem był szczyt mający 2509 m wysokości.
Zaczeliśmy powolne wdrapywanie się na szczyt. Nie byłem przyzwyczajony do takiego chodzenia po górach. Co chwilę była do przekroczenia spora szczelina lub pionowa ściana po której trzeba było się wspiąć.

image

image

image

Na szczycie byliśmy o 14:00. Dotarł też z nami pies. Rozebraliśmy się z koszulek i opalaliśmy się tak przez 3 godziny podziwiając roztaczający się widok dookoła.

image

image

Fiodor spytał się mnie czy chce wracać tą sama drogą czy inną ale trochę trudniejszą. Jasne, że trudniejszą!
Zaczęliśmy schodzić z drugiej strony szczytu, było wyraźnie trudniej. Wygodne chwyty i stabilne stopnie zamieniły się w krawądki i osuwające się kamienie. Pies szedł cały czas z nami co chwilę szczekając, tak jakby martwił się o nas.
Byłem bardzo podekscytowany schodzeniem ze szczytu wymagającym elementów wspinaczki.

image

image

image

W jednym z miejsc musiałem obejść po małych stopniach wystające kamienie. Złapałem się pewnie wygodnego chwytu, a druga ręką sięgnąłem jak najdalej szukając jakiegokolwiek chwytu. Jest, mam! Mała ale wygodna krawądka. Poprawiłem chwyt lewą ręką i stopnie się osuwają, trzymam się na samych rękach. Patrzę w dół, w miarę bezpiecznie. Na szczęście bo reszta kamieni też się osuwa i lecę razem z nimi. Intuicyjnie przewracam się na plecy i rozkładam ręce. Mijam niektóre kamienie, niektóre mijają mnie. Nad głową, po bokach, niektóre trafiają we mnie. Od wielkości piłki do golfa aż do wielkości koła samochodowego. Próbuje hamować piętami ale ziemna i kamienie lecą razem ze mną. Udaje mi się odskoczyć na bok. Staje, patrzę czy jestem cały, nic nie boli. Pewnie w szoku nic nie czuje. Spojrzałem na Fiodora, on na mnie. Po chwili zaczynamy się śmiać. Nic nikomu się nie stało, idziemy dalej.
Schodzimy kilkaset metrów niżej, zostało nam 100 m wysokości do namiotu. Nie da rady. Szlak się urywa, dosłownie. Kawał góry jest po prostu oderwany i jest pionowa ściana w dół. Chwilę odpoczywamy, szukamy wzrokiem obejścia. Nie ma możliwość, musimy wracać przez szczyt. Znów parę godzin lekkiej wspinaczki i jesteśmy na szczycie. Zaczynamy schodzić z włączonymi czołówkami, temperatura mocno spada po zachodzie słońca. Schodzimy parędziesiąt minut, szukamy zejścia. Próbujemy 3 razy, za każdym razem cofając się prawie do samego szczytu. Nie mamy już sił ani motywacji. Decydujemy się na nocleg pod szczytem. Schodzimy jak najniżej się da. Szukamy równiejszego terenu, układamy trochę kamieni pod nogi. Nie było dużo miejsca, w pozycji półleżącej jak najbliżej siebie próbujemy zasnąć. Oby do 7 rano kiedy pierwsze promienie słońca się pojawiają. Leżymy na kamieniach. Czuje, że moje biodro zaraz eksploduje z bólu. Staram się okłamać, że to wcale aż tak nie boli. Nie wytrzymam! Co tu zrobić… Czapka zimowa! Podkładam ją pod biodro, robi się wygodnie jak w łóżku. Mimo, że reszta ciała leży na kamieniach. Patrzę w dół i widzę mgłę unosząca się w kotlinie. Zasypiam na chwilę, podnoszę powieki i widzę, że mgła zaczyna się podnosić. Oby się doszła do nas, pomyślałem i zasnąłem. Po kilkunastu minutach znów się przebudzam, otwieram oczy i nie widzę nic tylko mgłę… Zrobiło się bardzo zimno. Fiodor przeklną z niedowierzaniem co się dzieje. W tym momencie usuwają się kamienie, na których trzymaliśmy nogi. Nasza półka skraca się do 50 cm. Zaczynamy się śmiać z całej sytuacji. Zaczyna padać śnieg z gradem, nasz śmiech cichnie. Robi się jeszcze zimniej i obydwaj zdajemy sobie sprawę, że musi być blisko zera. Przypominam sobie o folii ratowniczej nrc. Wyciągam ją i przytuleni do siebie okrywamy się nią.
O 7 rano nie zmieniło się nic. Było trochę jaśniej ale o żadnych promieni słońca nie było mowy. Do tego zaczynam odczuwać wczorajszy upadek. Prawe kolano i palec u lewej stopy, mam nadzieje, że nie złamany. Nie sprawdzam teraz bo jak zdejmę but to już go nie założę jak faktycznie będzie złamany. Fiodor chce poczekać chwilę z nadzieja, że chmury przejdą. Ja chcę jak najszybciej ruszać myśląc, że chmury będą tu jeszcze parę dni.

image

Przekonuję Fiodora, ruszamy. Znów najpierw na szczyt i zaczynamy powolne schodzenie szukając szlaku po, którym weszliśmy. Idziemy w dół parę godziny uważając na każdy krok. Skały zdobiły się mokre, a niektóre są oblodzone. Parę godzin szukamy zejścia w dół. Nie możemy znaleźć. Zapada decyzja w wezwaniu pomocy. Fiodor dzwoni do kolegi i przedstawia mu sytuacje i nasze dokładnie namiary. Będą za parę godzin. Rozglądamy się nad możliwością rozpalenia ogniska, nie na takiej możliwości, same kamienie. Chowamy się między skałami. Bandażami owijam sobie nogi i ręce, jest trochę cieplej. Fiodor siada opierając się o skały i plecak. Ja siadam przed nim i opieram się o niego. Kładę kurtkę na nogi, folia przykrywa mnie całego i sięga aż do Fiodora. Tak przesypiamy dłuższą chwilę.
Fiodor budzi mnie mówiąc, że musimy się ruszyć żeby się trochę rozgrzać, ruszamy w dół. Zaczynamy się zastanawiać czy nie damy radę zejść sami do namiotu. Ratowników jeszcze nie ma. Próbujemy, szukamy. Dwa trudniejsze odcinki i jesteśmy na granicy chmur. Zaczyna być widać namiot, a raczej okolice namiotu. Motywuje nas to do dalszego schodzenia. Fiodor co chwilę melduje o naszym położeniu ratownikom. Idziemy dalej, jest! Naprawdę się udało? Czy tylko nam się wydaje, że widzimy zejście? Pewnie ostanie 20 m to pionowa ściana. Ale to i tak zawsze bliżej dla ratowników i cieplej dla nas. Dochodzimy do newralgicznego miejsca. Raj, możemy wybrać sobie jedną w trzech opcji zejścia. Fiodor idzie prosto żlebem, ja schodzę na lewo do wyschniętego koryta rzeki. Bez problemów obaj dochodzimy w tym samym czasie do namiotu. Szybko gotujemy wodę, przebieramy się w suche ciuchy. Nie pamiętam kiedy ostatni raz mi tak herbata smakowała. Patrzymy się z uśmiechem na  szczyt schowany za chmurami. Konserwa szprot na spółkę i zaczynamy się zbierać. Pojawia się jeden z ratowników. Częstujemy go herbatą i ruszamy w dół. Tempo było takie jakie lubię, szybkie. Dochodzimy do jakieś chatki przy, której pali się ognisko. Przy nim siedzi parę osób, to ratownicy. Zapraszają nas na ciepły posiłek.
image

O zmierzchu ruszamy wszyscy w dół, do Arshan. Znów szybie tempo i nie ma czasu na zastanawianie się przed przejściem przez kolejna rzekę czy to prowizorycznym mostem czy po nie stabilnych kamieniach. Fiodor spada z jednego z kamieni nogą w lodowatą wodę. Potem ześlizguje się z mostku i wisi trzymając się rękami nogą zanurzoną do pachwiny. Mi udaje się przejść prawie bez szwanku. Lekko wpadam do wody jedną nogą ale przez szybkie tempo nawet nie odczuwam.
image

Po 4 godzinach szybkiego marszu docieramy do miasta. Dziękujemy i żegnamy się z ratownikami. Idziemy do samochodu, Fiodor zmęczony tak samo jak ja przesypia się przez godzinę przed ruszeniem z drogę. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze parę razy na krótka drzemkę lub kawę. O 7 rano docieramy do domu. Jeszcze przed drzwiami myślę czy zaraz się nie obudzę na szczycie cały przykryty śniegiem. Otwierają się drzwi, nie budzę się, wita nas stęskniony kot. Gorąca kąpiel i spać. Na szczęście jutro nic nie muszę, mogę dos spać ile zechcę. Zasypiam z uśmiechem na twarzy wspominając ostatnie 48 godzin.
image

Reklamy

2 uwagi do wpisu “Nocleg w górach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s