UB City

W Ułan Bator spędziłem parę dni, dobrze poznając nie tylko same miasto.

Na początku miałem plan zwiedzić miasto w 3 dni i pojechać na jakieś odludzie pod namiot. Pierwsze dni zleciały mi nie wiem na czym. Szwędałem się po mieście obserwując tutejsze życie. W mieście co chwila była jakaś budowa, jakiś remont. Miałem czasami wrażenie jakby całe miasto było placem budowy.
Centralny punkt miasta, Chinggis Khaan Square, był uporządkowany. W okół niego powstawały nowoczesne budynki jakby miasto chciało się pozbyć socjalistycznych budowli i zastępowali je nowymi budynkami.

imageimagedsc01701DSC01699.JPG

Sami ludzie byli szalenie uprzejmi, aż czasami nienaturalnie uprzejmi. Zatrzymując się i rozglądając zawsze byłem pytany czy czegoś szukam i czy mi pomóc. Dzwonienie do kogoś znajomego, który mówił po angielsku i dawanie mi go telefonu, żeby mi wytłumaczył daną sytuacje było czymś normalnym.

Przez 7 dni mieszkałem w jurcie 20 km po za miastem. Razem z Chino i jego dziewczyną, Naaya. Byłem tam nie tyle co gościem, a raczej mieszkańcem takim jak oni. Razem gotowaliśmy, dbaliśmy o ogień w kominku, przynosiliśmy wodę. Podobało mi się takie życie. Czas był regulowany wyłącznie wschodem i zachodem słońca. Co dzień było coś do zrobienia. Porąbać drewno na opał, naprawić elektrykę bo krowa przegryzła kabel, poszukać mojego buta bo pies gdzieś go wyniósł.
Chino poprosił mnie o pomoc w przeniesieniu jurty. Ucieszyłem się, bo chętnie zobaczę jak się składa i stawia jutrę. Był tylko problem z transportem rzeczy. Co dzień słyszałem, że jutro… W końcu powiedziałem, że w poniedziałek albo przenosimy jutrę albo jadę dalej. W niedzielę Chino powiedział, że wszystko gotowe i jutro przenosimy. W poniedziałek rano zacząłem się pakować. Chino też wstał wcześnie i zaczął dzwonić. Po 20 minutach powiedział, że dziś nie uda się jego przyprowadzka. Eh… 4 dni czekania na marne, no cóż przynajmniej poznałem jak się żyje w jurcie.imageazja_tripccccc-20dsc01709dsc01751dsc01727imageimageimageimageazja_tripccccc-28Pożegnałem się z Chino i Naaya i poszedłem na autobus. W sumie czułem ulgę opuszczając to miejsce. Fajnie było ale trochę przydługo. Przeszedłem całe miasto ostatni raz i wyszedłem na wylotówkę. Co chwilę zatrzymywał się samochód, który jechał nie w moją stronę i do tego chciał zapłaty za podwózkę. Wszyscy w okół chcieli mi pomóc. Pochodzili i gdy udawało mi się wytłumaczyć w jaki sposób podróżuje to mówili, że to niemożliwe.

Zatrzymała się przy mnie gromada młodzieży wracających ze szkoły. Dyskutowałem z nimi 20 minut, że nie chce na lotnisko ani na pociąg ani też na autobus. Zacząłem się niecierpliwić bo traciłem czas na bezowocną rozmowę gdy w tym samym czasie mógłbym łapać stopa. Jeden z kierowców kiwnął głową, że zawiezie mnie za darmo, kiwnął drugi raz, że zawiezie mnie na granicę. Hura! Udało się, jadę na granicę! Ta… Po 5 minutach byłem na dworcu kolejowym, a kierowca z radością powiedział, że z tego miejsca dojadę do granicy. Super. Poczekałem aż odjedzie i wróciłem się na główna drogę. Przeszedłem spory kawałek za jakiekolwiek zabudowania, żeby nikt nie miał możliwości mi „pomóc”. Po chwili zatrzymał się młody chłopak. Zawiózł mnie 10 km dalej. Napisał na kartonie nazwę granicznego miasta. Po czym zawrócił zostawiając mnie na stacji. Na stacji podszedł do mnie pracownik i zapytał jak może mi pomóc. Pokazałem karton z napisem miasta. Powiedział żebym poczekał i zaczął pytać się wszystkich przyjeżdżających czy nie mogą mnie zabrać. Po chwili trzy samochody dyskutowały na mój temat. Dzwonili i podawali mi słuchawkę z anglojęzycznym rozmówcą. W końcu udało się, co prawda nie do granicy, a do oddalonego o 150 km miasta, Czojr.imageimageimageimage

Kierowcą była młoda dziewczyna. Przez całą drogę nie przekroczyliśmy 80 km/h. Było to trochę frustrujące mając przed sobą prosta drogę, a po bokach równinę aż po horyzont. Dojechaliśmy na miejsce po zachodzie. Podjechaliśmy po dom. Miałem nadzieje, że to nie hostel. Chciałem wrócić na drogę i dalej łapać stopa. Wyszła jej mama. Zaczęły rozmawiać między sobą. W końcu jej mama zapytała. Mięso jesz? Bardziej niż ktokolwiek kogo znam! Konina, ziemniaki, chleb/ciasto, marynowany szczypiorek.

imageimage

Dostałem cały talerz. Myślałem, że to dla wszystkich ale w Mongolii proporcja mięsa do reszty jest mniej więcej 3/4. Gdy już myślałem, że nocleg mam zapewniony, po zjedzeniu wszystkiego mama powiedziała, idziemy. Aha, dokąd? Dała mi jeszcze 1 kg jedzenia na drogę, koninę z cebulką. Dostałem też wydrukowaną kartkę gdzie było napisane gdzie jadę i w jaki sposób. Wsiedliśmy do samochodu i zaczęliśmy jeździć po mieście. Nie wiedziałem jaki cel ma nasze jeżdżenie. W końcu wyjechaliśmy z miasta. Dowiedziałem się w międzyczasie, że dziewczyna pierwszy raz po zdanym egzaminie jechała samochodem… Zrozumiałem dlaczego tak wolno jechaliśmy. Pojechaliśmy na parking dla ciężarówek, był pusty. Zawiozła mnie na przydrożny komisariat policji. Weszliśmy do środka i powiedziała, że policjanci znajdą dla mnie samochód jadący do granicy. Niewierze, siedzę na komisariacie i patrzę przez okienko jak policjant zatrzymuje każdy samochód i pyta się gdzie jedzie.imageimage

Po godzinie popijania herbatki przejeżdża ciężarówka. Tak, jedzie do granicy! Dziękuję policjantom za pomóc i wchodzę do samochodu. Pasów bezpieczeństwa nie ma, drzwi zamykane są na sznurek. Po drodze częstuje kierowcę koniną, on mnie zaprasza do baru na jedzenie. Na miejsce docieramy o 6 rano. Parkujemy koło jego jurty. Chwila rozmowy na migi i chyba o 10:00 ruszamy dalej. Nie wiem gdzie dokładnie, gdzieś do Chin.
Kierowca idzie spać do swojego domu, ja zostaje w samochodzie i zasypiam na 4 godziny.

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “UB City

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s